 |
|
GDZIE POŁOŻYĆ KOC? ciąg dalszy
|
4/7
|
Spektakl
W wielkim uproszczeniu spektakl opowiada historię 4 kobiet, które
znajdują się przypadkiem w pomieszczeniu zarządzanym przez nieznanego i
dość wyraźnie narzucającego własne reguły zachowania, mężczyznę
(tancerz Łumińskiego - Tomasz Wesołowski). Początkowo sobie obce, w
trakcie rozwoju przedstawienia zaczynają współdziałać tworząc grupę
przeciwstawiającą się w finale dominacji scenicznego „dozorcy”. Już
choćby w tej najprostszej warstwie fabularnej możemy odnaleźć analogie
z realną sytuacją projektu. Zapytane przez mnie podczas pierwszego
wywiadu tancerki przyznały, że dotąd znały się raczej luźno, nie
wiązała je żadna silniejsza zawodowa ani prywatna więź. Po pięciu
tygodniach wytężonej pracy wszyscy przyznawali się do poczucia ogromnej
wspólnoty - tancerki, dotąd niezależne jednostki, stały się silną,
poprzez pracę emocjonalnie związaną grupą. Kreując swoje postaci
tancerki improwizowały do zdań wyjętych z codziennych gazetowych
artykułów, każda postać nosi więc zatem wyraźne, dosłownie osobiste, bo
ruchowe, piętno każdej z dziewczyn, jest niczym jej własne dziecko, co
pozwala zidentyfikować się, a być może też chwilami utożsamić z
przedstawianym charakterem. Relacja tancerki – mężczyzna może się
wydawać w spektaklu powieleniem schematów relacji damsko-męskich, gdzie
mężczyzna tradycyjnie dominuje nad grupą kobiet (budziło to podczas
tworzenia spektaklu wiele mieszanych emocji). W rzeczywistości jednak
obraz sceniczny jest znów w pewnym sensie jedynie odzwierciedleniem
sytuacji w studio, gdzie Wesołowski – mistrz techniki ruchowej
Łumińskiego – był dla tancerek bardziej nauczycielem i korepetytorem,
niż równorzędnym partnerem (jego ruchowy udział w spektaklu jest
zresztą stosunkowo niewielki). Na scenie kreowana przez Wesołowskiego
postać należy do innego – bardziej metaforycznego – wymiaru
przedstawienia. Pilnujący teatralnej przestrzeni tancerz, sprawdzający
najpierw bilety wchodzącym do teatru widzom, rozdaje potem także
wchodzącym na scenę tancerkom karnety – prawdziwe zaproszenia na
projekt – czyniąc z wchodzących bohaterek kolejnych członków widowni,
którzy jeszcze nie wiedzą, że za chwilę staną się głównymi aktorami
przedstawienia. Sprawdzanie biletów – ten dobrze znany nam wszystkim
teatralny rytuał - to świadome podkreślanie teatralności sytuacji.
Zabieg ten towarzyszy spektaklowi przez cały czas – Wesołowski
pozostaje na scenie prawie zawsze w pozycji obserwatora, chwilami
subtelnie sterującego akcją, niczym przełamujący teatralną iluzję
zawsze obecny twórca-reżyser (Łumiński wielokrotnie przywoływał tu
zresztą postać Tadeusza Kantora – wielkiego polskiego reżysera zawsze
kontrolującego na scenie przebieg swoich własnych spektakli). Owo
przyglądanie się sobie, obserwowanie akcji jest jednym z motywów
przewodnich przedstawienia i dotyczy zresztą wszystkich uczestników.
Nierównoczesne działania tancerek przerywane są co chwila momentami
zatrzymania, przyglądania się sobie i działaniu pozostałych na scenie.
Przywołuje to nieodparcie skojarzenia z istotą teatralności i samego
spektaklu, którego łaciński źródłosłów – spectaculo – oznacza ni mniej
ni więcej tylko: „ja patrzę”. Motyw przyglądania się sobie – odkrywania
nowego – ciągłego zaskakiwania partnera, ale przede wszystkim samego
siebie - bardzo pięknie koresponduje z całym projektem, podczas którego
element refleksji nad sztuką i sobą w sztuce dominował nad zwykłą
fizyczną pracą tancerza. Wszystko było raczej procesem myślowym –
chodziło o świadomość najmniejszego gestu – a więc myślenie i ponowne
prze-myśliwanie przez cały czas wyzna po zakończeniu projektu Christina
Zani, która w spektaklu kreuje zabawną postać badającego odległe
galaktyki (czyż człowiek nie jest czasem dla nas „odległą galaktyką”?
kosmosem?) naukowca. Jej kończące pierwszą – zdecydowanie bardziej
aktorską – część spektaklu wyszeptane słowa „Rentgen” nabierają w tym
kontekście symbolicznego znaczenia. Od tego też momentu zaczyna się na
scenie formować grupa – dotąd wyobcowane jednostki pod wpływem
tajemniczego transu (podkreślonego pojawieniem się niepokojącej muzyki
Wojtka Blecharza) zaczyna poruszać się najpierw osobno, potem w jednym
rytmie jakby powodowana tymi samymi impulsami dyktowanymi przez
Wesołowskiego. Te dziwne, nabudowane na realnej sytuacji, momenty
wyobcowania w pierwszej części puentowne są przez niepokojący, często
z napięcia nienaturalny, chwilami znów histeryczny śmiech postaci
(śmiech znany ze swych wielu, także oczyszczających (katharsis?)
funkcji – w tej formie novum w teatrze Łumińskiego). Ciągłe
przełamywanie nastroju, zawieszenia akcji i zaskakujące zwroty
sytuacji, powtórzenia motywów oraz inkrustowanie tanecznych układów
naturalnym, ale jednak ujętym w uniwersalną, jakby przywołującą
pierwotną, formę, ruchem i nieustanna symbioza gry aktorskiej, śpiewu i
tańca – wszystko to składa się na dramaturgiczną i stylistyczną tkankę
spektaklu. Spektaklu, który został skonstruowany według zasad
poetyckich, czy też lepiej rzec: w języku poetyckim, który, jak chce
strukturalista Roman Jakobson charakteryzuje się pewnym
„uporządkowaniem naddanym” – specjalną organizacją komunikatu
nabudowaną na języku codziennym. W spektaklu where to put your blanket?
widać to najwyraźniej w finałowej scenie gry w koszykówkę, gdzie ta jak
najbardziej codzienna (i amerykańska) z gier posiadająca przecież
dobrze wszystkim znane zasady – „scenariusz” (a więc i dramaturgię) -
zostaje przez Łumińskiego specjalnie wychoreografowana – wyjęta z
naturalnego kontekstu i ułożona z wielu powtórzeń tej samej prostej i
charakterystycznej akcji, a więc na nowo uporządkowana właśnie przez co
urastająca do rangi symbolu, czy też, jak powiedzieliby antropologowie
teatru – społecznej gry - świeckiego rytuału, odsłaniającego przed nami
pewną prawdę o funkcjonowaniu człowieku w społeczności. Podobne
działania przeprowadza choreograf na wszystkich poziomach spektaklu.
Jak pisał Łumiński w programie pokazów, przedstawienie odnosi się do
współczesnego społeczeństwa amerykańskiego - materiału do pracy
dostarczyły tu jakby nie było artykuły miejscowych dzienników, a
tancerki – postaci reprezentują obywateli swojego państwa. Jednocześnie
przedstawienie może być odczytywane na wielu różnych płaszczyznach -
bardziej uniwersalnych, wspólnych wszystkim ludziom niezależnie od
szerokości geograficznej (ku czemu zresztą skłaniają odniesienia do
antropologii). Obok studiów nad społeczeństwem równie istotne (jeśli
ostatecznie nawet nie najistotniejsze) w Where to put your blanket?
wydaje się jednak mimo wszystko odbicie złożoności procesu, jakiemu
artyści poddawali się przez 5 tygodni pracy. Tym bardziej, że nie był
to proces łatwy, co ostateczny kształt i trudna, dla niewtajemniczonego
odbiorcy miejscami nieprzyjemnie surowa i drażniąca, forma spektaklu
doskonale pokazują. W tym kontekście szczególnie ważne wydają mi się
słowa Alison D’Amato, dla której jednym z najważniejszych odkryć po
zakończeniu pracy było uświadomienie sobie, że taniec nie musi zawsze
sprawiać przyjemności, nie powinien być swego rodzaju relaksującym
masażem. Czasami, jeśli chce się poruszyć widza, trzeba uciec się do
ruchu, który w jakiś sposób przekracza osobistą “granicę
bezpieczeństwa” lub jest w jakiś sposób poza tym co wydaje się
naturalne i anatomicznie możliwe. Publiczność trzech pokazów Where to
put your blanket?, choć może często zagubiona wobec treści spektaklu,
zadziwiona jego niecodzienną formą, ale jednak także zdecydowanie
zaintrygowana i najwyraźniej poruszona, zdaje się potwierdzać słowa
młodej tancerki tłumnie pozostając na pospektaklowych spotkaniach -
dyskusjach z jego twórcami...